Przemiana

Jest to zapis wystąpienia Śri B.N. Narasimhamurthiego, kierownika akademika Śri Sathya Sai w Brindawanie, w radiu Sai Global Harmony, wydrukowany w dwóch kolejnych numerach Heart to Heart w październiku 2003 r. Narasimhamurthy jest doskonałym mówcą, a przede wszystkim gorącym wielbicielem Bhagawana. Służył Mu w Jego instytucjach oświatowych przez ostatnie trzy dekady.

Zdarzenie, które zmieniło bieg mojego życia przypadło na październik 1965 r., kiedy miałem dwadzieścia lat. Było to moje pierwsze spotkanie z Bhagawanem Śri Sathya Sai Babą w Prasanthi Nilayam w Puttaparthi. Studiowałem wtedy w University College of Engineering w Bangalore (Bangalur) na przedostatnim roku pięcioletniego kursu. Do pojechania do Puttaparthi przekonał mnie szanowany w Karnatace [stan, którego stolicą jest Bangalore] nauczyciel, Narayana Bhatt. Jego uczniowie nazywali go pieszczotliwie 'Anna', co znaczy starszy brat. Zanim spotkałem Annę słyszałem już o Sai Babie z Puttaparthi od innych osób, ale większość z tego było zajadłą krytyką Sai Baby. Dlatego mój stosunek do Niego był naznaczony niewiarą i kpiną.

We wrześniu 1965 r. wraz z kilku kolegami z koledżu uczestniczyłem w zainicjowanym przez Annę “Forum Myślicieli”. Głównym celem tego forum było wpajanie ideałów młodzieży, szczególnie studentom z Bangalore. W comiesięcznych spotkaniach regularnie uczestniczyło około trzydziestu studentów. Wystąpienia Anny były zawsze bardzo inspirujące, a tego dnia mówił o wówczas powszechnym scenariuszu narodowej przyszłości i roli młodzieży w procesie odradzania narodu. Jego wykład zrobił na mnie duże wrażenie. Miał proste i zrozumiałe podejście do tego tematu. Mówił o inspirujących przykładach Swamiego Wiwekanandy i Mahatmy Gandhiego. Z wielkim szacunkiem wyrażał się o Sai Babie z Puttaparthi. Buntownicza i sceptyczna strona mojej osobowości nie mogła zgodzić się z tym, co powiedział o Sai Babie. Przerwałem mu w środku wystąpienia i zadałem kilka pytań dotyczących Sai Baby. Anna nie oburzył się na to wtrącenie i bardzo cierpliwie odpowiedział na pytania. Ale to mnie nie przekonało, więc wypowiedziałem kilka kąśliwych uwag o Sai Babie, stwierdzając, że jako student nauk ścisłych nie mogłem zgodzić się z tym, co mówił o cudach Sai Baby. Mnie w oczywisty sposób poniosły emocje, ale on zachował spokój. Anna zadał mi pytanie: “Czy widziałeś Sai Babę?” “Nie” – odparłem. Intonacją i sposobem odpowiedzi dałem jasno do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany w spotkaniu się z Sai Babą. Znów spytał: “Czy czytałeś jakieś książki Sai Baby?” “Nie.” “Czy czytałeś coś o Sai Babie?” “Nie” – odpowiadałem. “Czy słyszałeś coś o Sai Babie od Jego wielbicieli?” “Nie. Chyba pan jest pierwszą taką osobą.” Moja awersja do wielbicieli Sai Baby jawnie przebijała w tej odpowiedzi. Anna uśmiechnął się i spytał: “Czy możesz się przedstawić?” “Narasimhamurthy” – odpowiedziałem od niechcenia. Anna wtedy stwierdził: “Narasimhamurthy, powiadasz, że studiujesz nauki ścisłe. Nie widziałeś Sai Baby, ani nie czytałeś nic o Nim. Nie słyszałeś nic o Nim od Jego wyznawców czy wielbicieli. Najwyraźniej wszystko, co o Nim wiesz, usłyszałeś od Jego krytyków. Czy więc twój osąd jest naukowy?” W jego głosie nie było ani emocji, ani sarkazmu. W rzeczywistości stwierdzenie to było pełne uczucia i miłości. Zostałem całkowicie rozbrojony i nie wiedziałem, jak mam odpowiedzieć na jego pytanie. Ale moje zażenowanie wyraźnie nie odpowiadało Annie więc, nie czekając na moją odpowiedź, ciągnął dalej. “Uważam, że powinieneś osobiście spotkać się z Sai Babą, a potem wyrobić sobie o Nim zdanie.” W jego głosie nie było śladu tryumfu. Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że czuł się nieswojo wobec mojego kłopotliwego położenia. Powiedział jeszcze: “Podoba mi się twoja szczerość i bezpośredniość. Jeśli masz czas, chętnie z tobą porozmawiam po spotkaniu.” “Tak, proszę pana. Dziękuję” – powiedziałem z ulgą. Niedługo po tym spotkanie dobiegło końca.

Później Anna rozmawiał na osobności ze mną i z dwoma moimi kolegami z roku. Z głębokim zrozumieniem odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Dyskusja trwała blisko dwie godziny i, muszę przyznać, na koniec poczułem się kompletnie zwyciężony przez Annę. Ale nie mogłem uwolnić się od sceptycyzmu co do Sai Baby, jednakże zapragnąłem pojechać na spotkanie z Nim do Puttaparthi. Na koniec Anna powiedział: “W przyszłym miesiącu jadę do Puttaparthi. Jeśli ci to odpowiada, możesz jechać ze mną.” Bardzo chętnie przyjąłem tę propozycję. W ten sposób w moim sercu zrodziło się pragnienie spotkania z Sai Babą i wzrastało dzień po dniu.

W niespełna miesiąc odwiedziłem Puttaparthi i miałem Darśan Sai Baby. Wezwał mnie na osobistą audiencję. Stanąłem twarzą w twarz z Nim w pełnej wibracji atmosferze Jego pokoju. Jego przepełniony miłością uśmiech poruszył najdelikatniejsze zakamarki mojego serca. Patrzył na mnie tak, jak gdyby znał mnie całe wieki. Podobne uczucie wezbrało też we mnie. Powiedział: “Przyszedłeś tu późno, ponieważ słuchałeś złych rzeczy mówionych przez innych. Nie szkodzi. Masz niestrawność. Nie w żołądku, ale w głowie!” Uśmiechnął się serdecznie i mówił dalej: “Za bardzo przejmujesz się swoją przyszłością. Nie martw się. Twoja przyszłość jest bezpieczna i pewna w rękach Swamiego.” Byłem obezwładniony Jego miłością i troską oraz oniemiały trafnością Jego stwierdzeń. Nie potrafiłem wydukać ani słowa. W ten sposób Sai Baba stał się moim Swamim, Boskim Mistrzem.

Wyjaśnię, co Swami rozumiał przez niestrawność w mojej głowie. Moi rodzice byli bardzo religijni. Jeszcze dziś bardzo dobrze pamiętam pudźę Satja Narajana odprawianą corocznie w naszym domu w okresie, gdy chodziłem do szkoły podstawowej. Była odprawiana z wielką pobożnością, a nie zwyczajnie jak rytuał. Aktywnie i z zapałem uczestniczyłem w przygotowaniach do pudźy, a później siedziałem obok rodziców podczas całego obrządku. Po pudźy w naszym domu karmiono każdorazowo przynajmniej sto osób. Rodzice zachęcali mnie do chodzenia do świątyń w dni świąteczne i do wysłuchiwania Hari kath, opowiadań o Bogu. W czasie tygodniowych obchodów świąt Śri Rama Nawami codziennie z wielkim entuzjazmem słuchałem Hari kath, a moje serce rezonowało głębokimi uczuciami oddania w odpowiedzi na te historie z życia wielkich wielbicieli, co sprawiało, że historie te i pieśni natychmiast utrwalały się w mojej pamięci. Moja matka wielokrotnie prosiła mnie, bym śpiewał pieśni, których się w ten sposób nauczyłem i z lubością ich słuchała. Wiara w Boga i dobroć wobec bliźnich są znamienne dla mojej świątobliwej matki. Jestem dumny, że jestem synem matki, która ucieleśnia prawdziwą hinduską kobiecość. Ale kiedy nieco dorosłem i poszedłem do średniej szkoły, gdzieś ta jedwabna więź miłości do Boga, obecna dotąd w moim sercu, została przerwana i przestałem chodzić do świątyń i uczestniczyć w religijnych uroczystościach. Jeśli nawet to robiłem, robiłem to z pewnym przymusem i jako pusty rytuał. Prawdopodobnie jedną z ważnych przyczyn całkowitego zapomnienia o Bogu było to, że wszędzie darzono mnie zbyt dużą uwagą i podziwem z powodu bystrości umysłu i fotograficznej pamięci i działo się to w oświatowej placówce z systemem edukacji kompletnie pozbawionym aspektów duchowych i moralnych.

Gdy opuściłem tę szkołę i zacząłem studiować w Koledżu Inżynierii (Engineering College) w Bangalore, uległem wpływowi filozofii marksistowskiej, która wśród studentów i nauczycieli stała się wtedy pasją u niektórych i modą u innych. Powinienem dodać, że spontaniczna sympatia do ludzi biednych, jaką odziedziczyłem po matce, była przyczyną moich marksistowskich skłonności. Powierzchowne zapoznanie się z pracami Karola Marksa i Lenina uczyniło ze mnie napuszonego ateistę. Z dumą i radością odkrywałem osoby wierzące wśród moich kolegów i przyjaciół i wciągałem je w spory o istnienie Boga.

W ten sposób życie gładko upływało mi przez prawie dwa lata na przeżywaniu tej świeżo odkrytej radości opartej na młodzieńczej intelektualnej arogancji, na propagowaniu utopijnego ideału nowego świata wolnego od wszystkich rodzajów nierówności. Ale Bóg, do którego szczerze modliłem się w dzieciństwie, nie zapomniał o mnie i nie porzucił mnie mimo, że stałem się ateistą. Modlitwy moje matki mogły być dodatkowym powodem tego, że Bóg wybaczył mi błędy. Wysłał dwa swoje najstraszniejsze ogary, by mnie upolowały i przyniosły do Niego. Jednym z nich był strach przed śmiercią, jaki nagle mnie owładnął, a drugi to tajemnica życia w tym zagadkowym wszechświecie. Oba stały się moimi obsesjami. Nawet na chwilę nie potrafiłem usunąć ich z moich myśli. Straciłem cały zapał do życia i spędziłem wiele nieprzespanych nocy. Nie miałem nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Kiedy o swoich problemach opowiedziałem dyrektorowi koledżu, gdzie studiowałem, bez ceregieli umówił mnie z dyrektorem Instytutu Zdrowia Psychicznego, który był jego dobrym znajomym. Ale ja byłem pewien, że nic złego nie dzieje się z moim umysłem; dziwiło mnie wręcz dlaczego innych nie prześladują te problemy i jak mogą spać w obliczu tych gołych realiów życia.

Przez prawie trzy miesiące wiodłem życie pełne umysłowego zamętu i udręki. Moje życie stało się bardzo nieuporządkowane i niezdyscyplinowane, a uczestniczenie w zajęciach na uczelni – bardzo nieregularne. Rodzice byli daleko, w mieście odległym o czterdzieści mil od Bangalore, gdzie mieszkałem w uniwersyteckim akademiku związanym z koledżem. Moje głębokie przywiązanie do rodziców kazało mi ukrywać przed nimi to moje cierpienie. Moje męczarnie pogłębiał fakt, że nie było już Boga, do którego mógłbym się modlić. Ale miłosierny Bóg nie czekał na moje modlitwy. Na ratunek z tego beznadziejnego stanu wysłał jednego ze swoich aniołów, w postaci kolegi z roku.

Miał na imię Madhav, a pierwszy raz spotkałem go jeszcze w szkole średniej w sąsiednim mieście. Byłem tam jako przedstawiciel naszej szkoły w międzyszkolnej debacie. Madhav reprezentował tam swoją szkołę. Spotkaliśmy się jako uczniowie w podobnych rolach jeszcze dwukrotnie w różnych miastach. Znaleźliśmy się w tym samym koledżu, ale przez dwa pierwsze lata studiów nie przyjaźniliśmy się. Nie mieliśmy wspólnej płaszczyzny ideologicznej. On był zagorzałym wyznawcą Śri Ramakriszny i Swamiego Wiwekanandy. W tamtym czasie gardziłem ludźmi wierzącymi. Madhav i ja mieszkaliśmy w tym samym akademiku, trzy pokoje od siebie. Z powodu wewnętrznego zamętu prowadziłem się wtedy bardzo nieporządnie. Moje książki, ubrania i inne rzeczy osobiste leżały w nieładzie porozrzucane po pokoju, który dzieliłem z dwoma innymi współmieszkańcami.

Pewnego wieczora, kiedy wstałem po długiej drzemce, z zaskoczeniem stwierdziłem, że pokój jest uporządkowany i czysty. Moi współmieszkańcy tego nie zrobili ani nie wiedzieli, kto to zrobił. Następnego dnia zdarzyło się to samo. Trzeciego dnia postanowiłem sprawdzić, kto jest moim dobroczyńcą. Położyłem się na łóżku udając, że śpię i czekałem. Po około pół godzinie wszedł Madhav. Wysprzątał pokój, poukładał książki i ubrania, po czym wyszedł. Nie mogłem zrozumieć jego intencji. Tego samego wieczora poszedłem do jego pokoju i rzuciłem: “Dlaczego to zrobiłeś?” On tylko się uśmiechnął i rzekł: “Lubię cię i chętnie to dla ciebie robię. To wszystko.” Jego ciepła postawa była bardzo kojąca dla mojego skołatanego serca. Od tego dnia zaczęła się rozwijać nasza przyjaźń.

Spędziliśmy mnóstwo czasu na dyskusjach i sporach na tematy naszych ideologii, nie znajdując, jak się zdawało, żadnych wspólnych obszarów. Jednak jedna rzecz była w nas wspólna – naturalne współczucie dla ludzi biednych i pokrzywdzonych. Stopniowo wyjawiłem mu swoje wewnętrzne problemy i pomieszanie. Powiedział, że są to oznaki prawdziwego duchowego aspiranta i że powinienem rozwinąć wiarę w Boga. Gwałtownie przeciwstawiłem się jego uwadze i chciałem, by naukowo dowiódł mi istnienia Boga. Nie udało mu się mnie przekonać, natomiast ja zbombardowałem go ideami wielu zachodnich agnostyków, które poznałem. Zaskoczył mnie twierdząc, że modli się do Śri Ramakriszny o moje szczęście i pociechę dla mnie.

Jednego z wieczorów po kolacji wyszliśmy z akademika na spacer do pobliskiego parku Cubbon. Nasze argumentacje za i przeciw istnieniu Boga ciągnęły się przez prawie trzy godziny. Wreszcie wyczerpały się. Uznałem, że zachwiałem jego wiarą w Boga i do jego umysłu też wkradł się niepokój. Na koniec powiedziałem: “Przepraszam, za to, co ci zrobiłem. Cały ten racjonalizm nie przyniósł mi szczęścia. Widziałem, że twoja wiara w Boga dawała ci szczęście i spokój, które teraz zakłóciłem. Wierz mi, chcę wiedzieć, czy Bóg istnieje. A jeśli jest On tak miłosierny, jak twierdzą wszyscy wierzący, nic nie stoi na przeszkodzie, abym nie nabył wiary nim wstanie nowy dzień.”

Było po północy, gdy wróciliśmy do akademika. Poszedłem do swojego pokoju i zapaliłem lampę stołową. Na stole leżał magazyn, który Madhav zostawił, kiedy wychodziliśmy na spacer. Okładkę czasopisma zdobił piękny obraz Jezusa Chrystusa. W moim sercu zaczęły wzbierać dziwne uczucia. Nagle załamałem się i gorzko zapłakałem. Ze łzami spływającymi z oczu wyłączyłem lampę i położyłem się. Z mojego rozbitego serca wydobyła się zaskakująca modlitwa: “O Boże, jeśli naprawdę istniejesz, jeśli jesteś tak litościwy jak utrzymują Twoi wielbiciele, okaż mi swoją dobroć i obdarz wiarą.”

Nie wiem jak długo płakałem w łóżku, zanim nie zmorzył mnie sen. Gdy wstałem późnym ranem, stała się rzecz niewiarygodna. Wierzyłem w Boga. Trzymiesięczna umysłowa udręka skończyła się darem wiary pochodzącym od Wszechłaskawego. Pobiegłem do Madhava i opowiedziałem mu o wszystkim. Jego twarz zajaśniała radością; objął mnie i tańczył. Był to dzień wielkiego świętowania dla nas obu. Odtąd nasza przyjaźń nabrała nowego wymiaru.

Ponieważ wykazałem zainteresowanie literaturą Ramakriszny i Wiwekanandy, Madhav dał mi kilka książek. Jedną z pierwszych, jaką przeczytałem, była Dźńana joga Swamiego Wiwekanandy. Ugasiła ona moje pragnienie poznania tajemnicy śmierci i zagadki stworzenia. Później studiowałem życie Śri Ramakriszny, co zaspokoiło głód mojego serca, aby być z Bogiem. Ale nie mogłem pogodzić się z ideą Awatara, Boga przychodzącego na ziemię w ludzkiej postaci. Owszem, mogą być ludzie Boga, nazwijcie ich świętymi, prorokami czy mesjaszami. Ale jak Bóg, nieodgadniona i nieskończona Moc podtrzymująca wszechświat, miałby urodzić się na naszej maleńkiej ziemi, która jest ledwie kropką w tym rozległym wszechświecie. Oczywiście, modliłem się do Boga o odpowiedź.

Madhav i ja odwiedziliśmy aśram Śri Ramakriszny w Bangalore. Braliśmy tam udział w modlitwach i rozmawialiśmy z mnichami. Madhav zwierzył mi się z pragnienia pójścia do zakonu i zostania mnichem w tym aśramie po ukończeniu nauki. Sam nie podjąłem jeszcze decyzji o swojej przyszłości. Chociaż moje duchowe poszukiwania znalazły finał w Ramakrisznie i Wiwekanandzie, trudno mi było otrząść się z politycznego idealizmu nabytego poprzez Marksa i Lenina. Znalazłem również nowego politycznego idola w postaci Mahatmy Gandhiego. Ponadto myślałem też jak mógłbym pomóc moim rodzicom w niesieniu ciężaru dużej rodziny z jedenastoma dziećmi, które trzeba jeszcze wychować i wykształcić. Oczywiście, znajdowałem nowe siły w modlitwach do Boga, które tłumiły turbulencje mojego niespokojnego umysłu – przynajmniej czasowo. Ale obawy o moją przyszłość pozostały, nawet mimo, że moje zbliżenie do Śri Ramakriszny wzmagało się dzień po dniu.

Kilka miesięcy później, jeden z moich krewnych zaprosił mnie na swoją farmę na przedmieściach Bangalore. Po obiedzie poszedłem sam, z książką Śri Ramakriszny w ręce, na spacer po gaju palm kokosowych. Był piękny dzień z bezchmurnym niebem i bardzo łagodnym wiatrem. Usiadłem pod palmą i otworzyłem książkę na przypadkowej stronie. Było tam piękne zdjęcie Śri Ramakriszny o twarzy jaśniejącej dobrocią. Płakałem jak dziecko patrząc na jego twarz i modliłem się: “O współczujący Mistrzu, byłeś na tej ziemi przed stu laty, by pokierować zagubionymi dziećmi, jak my dryfującymi po oceanie samsary, a kogóż mamy teraz? Jesteśmy sierotami bez ciebie. Bądź tak dobry i weź nas za ręce i poprowadź do siebie.” Taka modlitwa rozbrzmiewała w moim sercu bez przerwy przez kilka dni. Było to w sierpniu 1965 r. Potem zdarzenia nabrały tempa.

We wrześniu miałem spotkanie w Bangalore z Anną, który nakłonił mnie do pojechania do Puttaparthi, by zobaczyć się z Bhagawanem Śri Sathya Sai Babą. Madhav, dowiedziawszy się o moim skłanianiu się ku Sai Babie, próbował odwieść mnie od wyjazdu do Puttaparthi mówiąc, że Śri Ramakriszna ostrzegał szczerych poszukiwaczy duchowych przed ludźmi cudów. Zwykle ci, co dokonują cudów, są upadłymi sadhakami lub joginami, zwiedzionymi przez siddhi [jogiczne moce] i tajemne moce, tymi co zeszli ze świętej drogi, by dążyć do zdobycia sławy, przyjemności i bogactwa. Próbowałem przekonać Madhava do spotkania z Anną i do lepszego poznania Sai Baby. On jednak odmówił. Gdy wspomniałem Annie o ostrzeżeniu Śri Ramakriszny przed ludźmi cudów, on uśmiechnął się i zauważył, że to co powiedział Śri Ramakriszna jest w pełni prawdziwe w stosunku do joginów i sadhaków, którzy nie osiągnęli celu. Nie stosowało się jednak do Awatarów i Siddha Puruszów, którzy dokonują cudów mając na uwadze loka sangrahę czyli dobro świata i by w sercach ludzi zasiać ziarna wiary. Czyż sam Śri Ramakriszna nie modlił się o darśan Śri Kriszny, który dokonywał zadziwiających cudów? Anna stwierdził, że Sai Baba jest Purna Awatarem takim jak Śri Kriszna.

W październiku 1965 r. pojechałem do Puttaparthi i dostąpiłem boskiego błogosławieństwa Darśanu [widzenia] i Sambhaszanu [rozmowy] Swamiego. We Swamim znalazłem swojego Boskiego Mistrza. Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że On przygotowywał mnie na przyprowadzenie do siebie. Był to chrzest w ogniu. Moje serce zaczęło coraz głośniej domagać się Jego sannidhi [bliskości]. Coraz pełniej zajmował mój umysł. Nie znaczy to, że wyzbyłem się wszystkich swoich wątpliwości i pytań. Małpi umysł wspierany przez błyskotliwy intelekt od czasu do czasu dalej płatał swoje figle. Wielce pomocne były modlitwy i namasmarana. Na posterunku trwał też Anna, zawsze gotowy do pomocy. Ale dzieliło mnie około sto mil od Swamiego i dwieście pięćdziesiąt od Anny. W październiku 1965 r. pozostawało mi jeszcze dwa i pół roku do zakończenia studiów w Bangalore. Postanowiłem sobie, że przynajmniej raz w miesiącu będę jeździł do Puttaparthi i że nigdy nie opuszczę żadnych odbywających się tam uroczystości. W czasie takich świąt, jak Urodziny Swamiego, Sankranti, Śiwaratri, Gurupurnima i Nawaratri, spotykałem się tam z Anną oraz mogłem słuchać słodkich dyskursów Swamiego. Kiedy Swami przebywał w swoim aśramie Brindawan w pobliżu Bangalore, udawałem się tam, na ogół z Anną, który przybywał ze swojej wioski Alike leżącej w pobliżu Mangalore. Kiedykolwiek przyjeżdżałem do Puttaparthi w inne dni niż świąteczne, Swami był dla mnie tak dobry, że wzywał mnie i z miłością rozmawiał ze mną o osobistych sprawach, zawsze na duchowe tematy wiążące się z najgłębszymi aspiracjami mojego serca. Nigdy, ani raz nie pytał o moje studia w koledżu ani o sprawy naszej rodziny.

Na jednej z tych wczesnych audiencji rozwiązał pewien głęboki dylemat wynikający z mojego silnego związku ze Śri Ramakriszną Paramahansą, mówiąc językiem tego wielkiego Mistrza. Powiedział: “Niezwykle trudno jest pokonać kamini [pragnienie, pasja] i kańćanę [bogactwo], mój synu. Ale nie martw się. Cieszysz się łaską Boską, w obfitości. Swami obdarzy cię spokojem umysłu.” Kamini i kańćana to fraza bardzo często używana przez Śri Ramakrisznę przy wskazywaniu na dwie wielkie przeszkody na ścieżce aspiranta; żądza przyjemności zmysłowych i bogactwo. W ten sposób przekonałem się, że Swami zawiera w sobie także Śri Ramakrisznę.

Przy innej okazji Swami dał mi swoje Boskie zapewnienie mówiąc: “Posiadasz silną aspirację prowadzenia uświęconego życia i osiągnięcia spełnienia. Lecz twoi rodzice myślą inaczej. Nie musisz się tym przejmować. Zmienię ich nastawienie.” Moi rodzice, w szczególności matka, obawiali się, że mogę odsunąć się od świata i stać się sannjasinem lub mnichem.

Z biegiem lat w moim sercu powstało bardzo silne pragnienie pozostania ze Swamim przez całe życie, bez wikłania się w życie rodzinne. Dzień po dniu modliłem się do Swamiego o taki dar. Była to wewnętrzna prośba, która nigdy nie została wyrażona słowami, nawet wobec Swamiego. Niemniej, odpowiedział na tę modlitwę na jednej z wczesnych audiencji. Powiedział wtedy: “Swami będzie przyciągał cię coraz bliżej do siebie. Da ci przywilej służenia Mu.” Teraz, kiedy spoglądam wstecz, stwierdzam, że dotrzymał wszystkich złożonych obietnic. Ja zaś, oczywiście, nie zdołałem dotrzymać wielu złożonych Mu przyrzeczeń. Mogę jedynie powiedzieć, że w tym zawiera się różnica między Bogiem i człowiekiem!

Swami, oprócz dbania o moje duchowe potrzeby, zajął się także moimi potrzebami światowymi. Jeszcze w czasie mojego życia w koledżu w cudowny sposób rozwiązał jeden z problemów dotyczących moich studiów i tym samym umocnił moją wiarę w swoją Wszechmoc. Na przełomie marca i kwietnia 1966 r., tj. sześć miesięcy po moim pierwszym darśanie Swamiego, miałem zdawać egzaminy roczne. Podczas pobytu w koledżu nie byłem zbyt systematyczny w studiach z dwóch powodów. Pierwszym była moja obsesja na punkcie książek i czasopism nie związanych z przedmiotami studiów. W tamtym czasie interesowałem się literaturą piękną, politycznymi ideologiami i politycznymi myślicielami. Drugą przyczyną mojego zaniedbywania studiów było zbytnie zaufanie do własnej inteligencji i pamięci. Zwykle uczyłem się przedmiotów kierunkowych tylko przez ostatni miesiąc przed rocznymi egzaminami, a mimo to udawało mi się zdobywać najwyższą ocenę.

Po spotkaniu ze Swamim w październiku 1965 r. już całkowicie zaniedbałem swoje studia. Większość czasu spędzałem na czytaniu książek o Swamim i przezeń napisanych. Dodatkowo traciłem wiele zajęć w czasie moich wypraw do Puttaparthi. Ale nawet na zajęciach, na których byłem obecny, nie potrafiłem właściwie się koncentrować. Kiedy zbliżały się roczne egzaminy na przełomie marca i kwietnia 1966 r., robiłem co mogłem, by się skupić na studiach. Na trzy dni przed egzaminami wstrząsnęła mną wiadomość o zniknięciu Madhava z pokoju w akademiku. Na swoim stoliku zostawił notatkę z informacją: “Idę szukać Prawdy. Niech nikt się o mnie nie martwi, ani mnie nie szuka.” Obszedłem wszystkie miejsca w Bangalore, które zwykle odwiedzał, lecz nie znalazłem go. Od jednego z mnichów w Aśramie Ramakriszny w Bangalore dowiedziałem się, że Madhav mógł pojechać do Belur Mutt [sanskr. math(a) – klasztor] w Kalkucie, aby zostać mnichem zakonu brahmaćari. Następnego dnia pojechałem do rodzinnego miasta Madhava, odległego o 50 mil od Bangalore, aby spotkać się z jego rodzicami. Serce się krajało na widok ich żalu. Madhav był najstarszym synem w tej rodzinie, a miał jeszcze czworo rodzeństwa. Była to rodzina zaliczana do uboższej części średniej klasy. Rozumiałem ich smutek i pomyślałem, że nikt nie powinien porzucać swoich rodziców, braci i sióstr w takiej sytuacji z żadnego powodu, nawet najszlachetniejszego. Modliłem się do Swamiego o powrót Madhava do domu.

Do Bangalore wróciłem dzień przed egzaminami. Byłem kompletnie zdekoncentrowany. Dałem z siebie wszystko, by się przygotować i napisać egzaminy. Uzyskałem wynik najgorszy ze wszystkich egzaminów, jakie dotąd zdawałem. Dotąd nigdy nie schodziłem z oceną poniżej dobrej. Gdy po egzaminach wróciłem do domu, bardzo było mi żal rodziców, gdyż wyobrażałem sobie ich wielkie rozczarowanie moimi kiepskimi wynikami. Tymczasem Madhav po piętnastu dniach nieobecności wrócił do swojego domu. Starsi Belur Mutt poradzili mu najpierw skończyć swoje studia, a potem przyjechać do zakonu. Jego powrót sprawił rodzicom wielką radość. Byłem w ich domu dzieląc z nimi tę radość.

Zgodnie z oczekiwaniami i ku skrajnemu rozczarowaniu rodziców, szczególnie ojca, na tych egzaminach otrzymałem tylko średnią ocenę. Ojciec martwił się o moją przyszłość. Ciężko było mi znieść widok jego zmartwionej twarzy, dlatego obiecałem mu, że w następnym roku na końcowych egzaminach uzyskam wysoką ocenę. Ta obietnica trochę pocieszyła rodziców. Ostatni rok studiów zaczął się w czerwcu 1966 r. Jednak mimo, że bardzo się starałem, nie udawało mi się skoncentrować na studiach. Nie potrafiłem wyważyć właściwych proporcji czasu pracy i praktyk duchowych. Efekt był taki, jak w przypadku młodego kapłana, który próbuje jedną ręką powiewać płomieniem do arati, a drugą w tym samym czasie bić w dzwon i żadnej z tych czynności nie wykonuje poprawnie.

Musiałem wybrać albo studia, albo Swamiego. Zapomniałem o obietnicy złożonej ojcu i wybrałem Swamiego. Niemniej, miałem nadzieję, że na miesiąc lub dwa przed egzaminami końcowymi w marcu 1967 r. porządnie przyłożę się do studiów i dobrze mi się powiedzie. Ale miało być inaczej. Na miesiąc przed egzaminem modliłem się do Swamiego: 'Panie! Zapewniałeś mnie, że moja przyszłość jest bezpieczna w Twoich rękach. Zbliżające się egzaminy należą do Ciebie, a nie do mnie! Pomóż mi dotrzymać obietnicy złożonej ojcu!”

Robiłem, co mogłem, by się przygotować i zdać egzaminy. Jednak wyniki okazały się znacznie poniżej normy, z pewnością nie lepsze niż w poprzednich latach. Na jednym z przedmiotów, związanym z rysunkiem technicznym, udało mi się zdobyć jedynie 34 punkty na 100 możliwych. Minimum na zaliczenie przedmiotu wynosiło 35 punktów. Po egzaminach wróciłem do domu. Mój zaniepokojony ojciec spytał, jak mi się powiodło na tych końcowych egzaminach. Nie chcąc go rozczarować i zasmucić faktami, powiedziałem, że dobrze mi poszło. Byłem pewien, że z jednego przedmiotu nie zdam. Na innych również niezbyt dobrze się sprawiłem. W miarę jak zbliżał się dzień ogłoszenia wyników, czułem się coraz bardziej przygnębiony. Onieśmielenie spowodowane złymi wynikami stało się przeszkodą w moich modlitwach. Niewątpliwie tak przejawiał się brak wiary w słowa Swamiego.

Na tydzień przed ogłoszeniem wyników wyznałem ojcu, że w istocie nie tak dobrze zdałem te egzaminy. Zabrakło mi jednak odwagi, by powiedzieć, że mogłem ich w ogóle nie zdać. Spytał, czy uzyskam przynajmniej dobrą ocenę. Odpowiedziałem twierdząco. Modliłem się jednak do Swamiego o wybaczenie skłamania ojcu. W przeddzień ogłoszenia wyników wpadłem w panikę. Nie miałem odwagi pokazać twarzy swoim rodzicom po oblaniu końcowych egzaminów. Perspektywa pierwszego w życiu oblania egzaminów doprowadzała mnie do szału. Po cichu opuściłem dom i pojechałem do sąsiedniego miasta, gdzie mieszkał Madhav.

Spędziłem u niego tę noc i zwierzyłem się mu ze swoich obaw. Tę noc rodzice i inne osoby w domu chcieliby zapomnieć. Panicznie szukali mnie wszędzie po całym mieście. Spędzili nieprzespaną noc. Z drugiej strony, Madhav starał się mnie pocieszyć i natchnąć odwagą. Mówił prawie całą noc. Na sam koniec powiedziałem mu, że moją jedyną nadzieją jest Boska Łaska Swamiego. Miałem nadzieję, że Swami w cudowny sposób wyratuje mnie z opresji. Ale moja wiara nie była pełna, dlatego strach dalej mnie prześladował.

Madhav przekonał mnie, że następnego dnia rano powinienem wrócić do domu. W rzeczywistości towarzyszył mi w tej drodze do mojego miasta, które było oddalone o dwadzieścia dwie mile od jego miasta. Gdy wysiedliśmy na dworcu autobusowym, powitały nas gazety w kioskach. Ale mnie wcale nie ciągnęło do sprawdzenia swojego wyniku z egzaminów, gdyż byłem pełen pesymizmu. Instynktownie chciałem odwlec moment zapoznania się z nieprzyjemną nowiną. Powiedziałem Madhavowi, że gazetę będą mieli w domu. Gdy szliśmy w kierunku domu, naprzeciwko nam wybiegł jeden z moich młodszych braci z gazetą w ręce. Jego twarz promieniała radością. Wołał w niepohamowanej uciesze: “Bracie zdałeś egzamin. Gratulacje!” Ani Madhav, ani ja nie mogliśmy w to uwierzyć. Słyszałem, jak mi bije serce. Madhav porwał gazetę z ręki brata i zajrzał do środka. Moje nazwisko znajdowało się na liście. Pogratulował mi. Oczy wypełniły mi łzy wdzięczności dla Swamiego. Wyszeptałem do Madhava: “To na pewno cud Swamiego!”

Gdy wstępowaliśmy do domu, świętowanie tego wydarzenia już się zaczęło. Wszyscy gratulowali mi osiągnięcia. Cały czas w sercu mówiłem Swamiemu: 'Swami, bardzo Ci dziękuje. Wybacz mi brak wiary w Twoje słowa.” Następnego dnia pojechałem do biura mojego koledżu w Bangalore i odebrałem prowizoryczny wykaz ocen. Niemalże w każdym przedmiocie dostałem o przynajmniej pięć punktów więcej niż się spodziewałem, a za rysunek techniczny dostałem 37 punktów! Wracając do domu rozmyślałem nad tym, jak Swami wpłynął na umysły przynajmniej dziesięciu egzaminatorów. Całkiem pogrążyłem się w pełni błogiej wdzięczności Boskiemu Mistrzowi.

Wróciłem do domu i pokazałem ojcu wykaz ocen. Osiągnięcie syna niezmiernie go uradowało. Nie powiedziałem mu o Boskim Cudzie, który pomógł mi zdobyć te oceny, gdyż ojciec w tym czasie odnosił się z rezerwą do postaci Swamiego. Wieczorem wyznałem matce w szczegółach sprytne zadziałanie Swamiego, abym te egzaminy zdał z wyróżnieniem. Moją wrażliwego serca matkę szybko wzruszyła dobroć Swamiego tak, że zapragnęła pojechać ze mną do Puttaparthi, by wyrazić Mu wdzięczność. Być może chciała także poprosić Swamiego o uwolnienie od obaw, że jej drogi syn stanie się sannjasinem. Mogła sądzić, że tylko cud Swamiego może przywrócić jej dziecko.

Trzeciego dnia matka i ja byliśmy w drodze do Puttaparthi. Towarzyszyła nam jedna z moich sióstr, o trzy lata młodsza ode mnie. Do tego momentu nabrała wielkiej wiary w Swamiego. Zaraz jak tylko Swami nas zobaczył, wezwał nas na audiencję. Z figlarnym uśmiechem zdobiącym Jego piękną twarz i kiwając wskazującym palcem skierowanym na mnie, zagadnął mnie pytaniem: “Hejże! Jak zdałeś egzaminy?” Nie znalazłem słów na odpowiedź. Upadłem Mu do stóp, łzami mocząc Jego szatę. Zdołałem jedynie wyrzucić z siebie: “Swami, zdałem tylko dzięki Twojej Boskiej Łasce.” Potem Swami zbeształ mnie za to, co zrobiłem w przeddzień ogłoszenia wyników i dodał trzymając swoją prawą rękę na swojej piersi: “Przynajmniej od teraz miej niezachwianą wiarę. Swami nigdy nie opuści nikogo, kto Mu ufa.”

Cały ten czas moja matka ze łzami szczęścia w oczach milcząco kiwała głową na znak aprobaty. Mistrz zdążył już uświęcić jej uczucia. Patrząc psotnie na mnie, powiedział do niej: “Teraz, skoro on skończył edukację, będzie ci lżej, gdy ożenisz go, nieprawdaż?” Twarz matki rozbłysła wielką radością i wdzięcznością dla Swamiego. Zawołała: “Tak, Swami!” Następnie Swami spojrzał na mnie i spytał: “Hej! Prawda?” “Nie, Swami” – wybuchłem. Swami powiedział z powagą: “Co to znaczy? Czy chociaż przez pięć minut nie możesz zachować równowagi umysłu?” Słabym i niepewnym głosem odpowiedziałem: “Nie, Swami.” “Rób, jak ci Swami mówi” – rozkazał i ciągnął dalej: “Pomagaj i służ rodzicom.” Puchar radości mojej matki był pełen. Całkowicie uwierzyła we wszechwiedzę Swamiego. Po zmaterializowaniu wibhuti i udzieleniu nam padanamasakru Swami wyprowadził nas z pokoju interview. Tego samego dnia matka i siostra wyjechały z Puttaparthi. Następnego dnia Swami powiedział do mnie: “Rozwijaj wolę i zapanuj nad umysłem. Masz Łaskę Swamiego.”

Mocno wierzyłem w Jego Łaskę. Nie miałem wątpliwości, że Pan, który zmienił mnie, na pewno zmieni postawę matki. Wierzyłem, że dostąpię błogosławieństwa ofiarowania mojego życia na służbę Jemu. Dzisiaj, kiedy spoglądam wstecz, wiem że moja wiara sprawiła cuda!

[Z Heart to Heart, październik 2003, tłum. KMB; 2004.08.23]